Lotte Reiniger była niezależną niemiecką artystką i pionierką światowej animacji, lecz w starciu o docenienie i międzynarodową rozpoznawalność przegrała z komercyjną machiną rozkręconą w latach 30. XX wieku przez Walta Disneya.

Poniższy tekst jest  skrótem tekstu, który ukazał się na łamach FilmPRO. Publikujemy go z drobnymi zmianami zostawiając esencję. Od chwili pojawienia się tekstu, tematyka, o której piszemy, nie straciła nic ze swojej aktualności.

Tekst: Darek Kuźma

Jeśli nie słyszeliście nigdy wcześniej o Lotte Reiniger lub „Przygodach księcia Achmeda”, jej najsłynniejszym filmie, który był jedną z pierwszych pełnometrażowych animacji w historii kina, nie powinniście mieć do siebie żalu. Dzisiaj mało kto pamięta o jej zasługach, mimo że wyglądającymi jak najpiękniejsze rękodzieła animacjami sylwetkowymi Reiniger inspirowali się najwięksi twórcy światowego kina, od Walta Disney i Michela Ocelota po Terry’ego Gilliama. 

Reiniger jako pierwsza zwróciła uwagę na animacyjny potencjał egzotycznych baśni i magicznych bajek. To ona przeciwstawiła się stereotypowe mu myśleniu o animacjach jako krótkich formach, które mają wyłącznie rozśmieszać ludzi slapstickowym żartem. Zbudowała również pierwszą kamerę wielopłaszczyznową, dzięki której filmy animowane nabrały głębi i perspektywy, a którą dopiero dziesięć lat później udoskonalili i spopularyzowali Disney i Ub Iwerks, również animator niesłusznie przez kulturę masową zapomniany.

W oczach jej współczesnych pech Lotte Reiniger polegał na tym, że była kobietą. Jakkolwiek banalnie i sensacyjnie brzmi to w czasach #MeToo, płeć była największą przeszkodą w rozwoju jej kariery. Choć napotykała oczywiście na wiele innych barier. Zjawiskowe „Przygody księcia Achmeda” zostały w 1926 roku uznane za jakąś pomyloną awangardę i dopiero kilkanaście miesięcy później, gdy film dzięki protekcji Jeana Renoira trafił do Paryża, przyniosły Reiniger sukces. Ale jej ekspresjonistyczny styl kłócił się już wtedy z przejmującym europejskie kino nurtem realistycznym. Gdy w 1929 roku współreżyserowała z Rochusem Gliesem swój pierwszy film aktorski, „Die Jagd nach dem Glück” (uzupełniony o 20-minutową sekwencję animacji sylwetkowej), premierę przełożono, żeby dołożyć partie mówione i wpisać się w nową modę zwaną kinem dźwiękowym. Byli jeszcze naziści, którym zaszła za skórę lewicowymi poglądami, więc zmusili ją do wyjazdu z mężem z Niemiec, a po powrocie wykorzystali jej talent do realizacji filmów propagandowych.

Lotte Reiniger przy pracy

ŻyCIE W CIENIU

Nie zmienia to faktu, że gdyby była mężczyzną, jej filmy, pomysły i słowa traktowano by znacznie poważniej. Obecność kobiet w branży była – poza oczywistymi wyjątkami, takimi jak zawód aktorki czy sekretarki – postrzegana jako wyjątek od męskiej reguły, zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych. Walt Disney odmawiał przez całe lata 30. kształcenia młodych animatorek w obawie, że ich szkolenie zostanie przerwane przez małżeństwo i macierzyństwo. Miał oczywiście w pewnej mierze rację, bowiem właśnie na tym polegała w zachodnich społeczeństwach rola kobiet, nie na kreatywności artystycznej. A te nieliczne, które udowadniały swymi dokonaniami, że takie myślenie jest krzywdzące – pierwsza zawodowa reżyserka filmowa Alice Guy-Blaché, pierwsza w historii amerykańskiego systemu studyjnego animatorka Lillian Friedman, czy Mary Blair, która miała od lat 40. ogromny wpływ na kolorystykę produkcji Disneya – były często brane za swoiste anomalie. Dziś są równie zapomniane jak Reiniger.

Jest to tyleż zaskakujące, co wymowne w kontekście kultury masowej, która nie tylko nie ma własnej pamięci historycznej, lecz żyje od jednej medialnej burzy do kolejnej, przeważnie nie pozwalając, by wypowiadane z łatwością słowa i obietnice zamieniały się w konkretne działania. Wystarczyłoby bowiem przyjrzeć się bliżej fascynującemu życiorysowi niemieckiej pionierki, by zrozumieć, że na przywróceniu jej postaci masowej widowni skorzystaliby w zasadzie wszyscy. Oto zafascynowana klasycznym teatrem cieni i pierwszymi ruchomymi obrazami Georges’a Mélièsa nastolatka, która postanowiła związać się z raczkującym światem animacji. Po naukach wyniesionych ze słynnego teatru Maksa Reinhardta, gdzie tworząc kostiumy i rekwizyty, zrozumiała, że motorem napędowym sztuki jest innowacja, nie stagnacja, przez kilka lat praktykowała u znanego niemieckiego ekspresjonisty Paula Wegenera. Następnie rzuciła wyzwanie kulturalnemu establishmentowi i odniosła sukces okupiony wieloma tragediami.

Kadr z filmu „Przygody księcia Achmeda”

CIENIE ŻYCIA

Jako reżyserka zadebiutowała już w 1919 roku, mając zaledwie 20 lat, pięciominutową animacją „Das Ornament des verliebten Herzens” o romantycznej relacji dwójki kochanków. Przez kolejne lata nakręciła jeszcze kilka krótkich metraży, rozwijając różne aspekty swego stylu, który pozwolił jej osiągnąć pełną artystyczną dojrzałość w „Przygodach księcia Achmeda”. Film realizowała w latach 1923-1926 już przy kreatywnym udziale męża, Carla Kocha, z którym związała ją miłość do filmowej awangardy i eksperymentów z formą. „Przygody księcia Achmeda” są dzisiaj pamiętane jako jedna z pierwszych pełnometrażowych animacji – zaszczyt pierwszeństwa przypada, wedle istniejących obecnie informacji, Argentyńczykowi Quirino Cristianiemu, lecz oba jego pełne metraże przepadły w odmętach historii – jednak film ten jest przede wszystkim wizualnym arcydziełem. Łącząc poetykę i ruch rodem z teatru cieni z baśniową tematyką i własnym systemem barwienia obrazu, Reiniger uzyskała iście magiczny rezultat.

Film opowiada inspirowaną „Baśniami tysiąca i jednej nocy” historię walki bohaterów ze zmiennokształtnym czarodziejem, a miejscami akcji są zarówno normalne miasta, jak i baśniowe krainy, w których magiczne istoty i drapieżne bestie funkcjonują na równi z ludźmi. Reiniger stworzyła na potrzeby „Przygód księcia Achmeda” specjalne techniki wycinankowe i animowała osobno każdą klatkę ponad godzinnej produkcji, co przy prędkości 18 klatek na sekundę (24 pojawiły się w kinie dźwiękowym) daje kilkaset tysięcy klatek. Sama wykonywała wszystkie postaci, które składały się czasem z kilkudziesięciu połączonych drutem części, by można było animować ich ruch i skomplikowane transformacje. Sama rysowała storyboardy z rozwojem fabuły, sama również oświetlała wszystkie plany, które następnie fotografowała swoją prototypową kamerą. I, co oczywiste, barwiła każdą klatkę osobiście, nadając kolejnym fragmentom filmu oniryczne właściwości za pomocą intensywnych czerwieni, żółci czy błękitów. Istna kobieta renesansu.

Kadr z filmu „Przygody księcia Achmeda”

TRAGEDIA ZAPOMNIENIA

Po „Przygodach księcia Achmeda” nakręciła kolejną pełnometra żową animację, „Dr Dolittle und seine Tiere”, której premiera odbyła się w roku 1928, a później wspominany nieszczęsny projekt aktorski, który miał być jej pierwszym krokiem do uznania przez szerszą widownię. Gdy w latach 30. wyjechała wraz z Kochem z Niemiec, musiała zostawić oryginalne negatywy, z których część zaginęła i dlatego do dziś nie wiadomo, czy zachowała się pełna wersja „Przygód księcia Achmeda”. Nie wspominając już o tym, że wykonywanie kopii z zachowanych kopii pozbawia film części detali, a dzieło Niemki przywrócono do kulturowego obiegu w zrekonstruowanej wersji dopiero w 1999 roku. Co jeszcze bardziej przyczyniło się do tego, że świat tak szybko zapomniał o Reiniger. Tak jak smutny fakt, że po wyjeździe z Niemiec małżeństwu odmówiono stałego pobytu w wielu krajach, więc tułali się przez dekadę po całej Europie, zagrzewając miejsce jedynie tak długo, jak pozwalała na to najprostsza przyznana wiza.

Współpracowali w Paryżu z Jeanem Renoirem, we Włoszech pomieszkiwali u Luchino Viscontiego, w pewnym momencie musieli się też rozdzielić. Mimo to Reiniger wciąż tworzyła nowe animacje, wliczając w to „Carmen” z 1933 roku (na podstawie Bizeta) i „Papageno” z roku 1935 (opartą na „Czarodziejskim flecie” Mozarta). Wróciła na krótko do Niemiec, by zająć się chorą matką, co skwapliwie wykorzystali nazistowscy propagandyści, natomiast po wojnie osiadła w Wielkiej Brytanii. Tam wciąż budowała nowe animowane światy, które kochała ponad życie, pozostając jednocześnie w cieniu innych nazwisk, tym razem już w pełni dobrowolnie. Współpracowała z BBC i Telecasting America, ilustrowała książki, a w 1953 roku założyła z Louisem Hagenem Jr, synem producenta „Przygód księcia Achmeda”, firmę Primrose Productions. W 1963 roku zmarł Carl Koch, a ona, przeżywszy 82 lata i nigdy nie zaznawszy należnego jej uznania za zasługi dla światowej animacji, odeszła w 1981 roku.

Kadr z filmu „Przygody księcia Achmeda”

EPITAfIUM DlA PIONIERKI

Do twórczości Lotte Reiniger odnosili się najrozmaitsi twórcy. Animatorzy ze studia Disneya złożyli hołd jej animacji sylwetko wej w „Fantazji” z 1940 roku, a później nawiązywali do „Przygód Księcia Achmeda” w „Mieczu w kamieniu” (1963) i „Aladynie” (1992). Do stylu i pomysłów Reiniger powracali twórcy „Lemony’ego Snicketa: Serii niefortunnych zdarzeń” (2004) oraz „Harry’ego Pottera i insygniów śmierci: Części I” (2010).

2 czerwca 2016 roku, w 117. rocznicę urodzin niemieckiej pionierki, Reiniger poświęcony został Google Doodle. Pamięć o jej wkładzie w rozwój kina animowanego jest więc wciąż żywa. Ten płomień trzeba natomiast nieustannie podsycać, by unikatową twórczość Reiniger odkrywały nowe pokolenia widzów. Tym bardziej że na YouTube można obejrzeć za darmo część jej krótkich metraży, a „Przygody księcia Achmeda” pojawiają się raz na jakiś czas na różnych pokazach specjalnych. W Polsce jej twórczość można było podziwiać w 2017 roku z muzyką na żywo na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty. Warto się zainteresować twórczością tej wybitnej postaci kina animowanego.

Kadr z filmu „Przygody księcia Achmeda”